|
|
2002/2003
NOTATKI Z SEZONU FREERIDE
|
Poprzedni sezon upłynął dla mnie pod znakiem
narciarstwa pozatrasowego. Pracowałem w ten sposób i
jeździłem w czasie wolnym. Zacząłem od weekendowych
wyjazdów do Austrii - Pitztal i Stubaital dają z reguły
przyzwoite możliwości rozjeżdżenia się już w listopadzie.
Dwukrotnie trafiliśmy na duże opady i doskonałe warunki.
Potężne ilości lekkiego puchu były dokładnie tym, na
co czekaliśmy całe lato.
Następny korzystny czas przyszedł w styczniu. Potężne
opady w Tatrach na kilka dni uczyniły jazdę w naszych
górach podobną do legendarnych freeridowych lokalizacji.
Były dni, kiedy zdjęcie nart owocowało zapadnięciem
się po pierś przy stosunkowo niedużym zagrożeniu lawinowym.
Chwilami lawiny zmuszały do działań poniżej górnej granicy
lasu lub wręcz siedzenia w domu. Wspólnie z Maćkiem
Cukrem jeździliśmy w Tatrach po ciekawych rzeczach,
kładąc duży nacisk na gromadzenie materiałów Fot.ograficznych
i filmowanie. Moja siostra z mężem byli ofiarnym zespołem
dokumentującym nasze mniej lub bardziej karkołomne przedsięwzięcia.
|

Marcin Kacperek w Tatrach
|
Wchodzimy w trójkę na szczyt, Monika w dolinie
jest ledwo dostrzegalnym punktem. Póki będziemy wysoko nie
będzie mogła zrobić nic efektownego, ale mniej więcej od połowy
ściany zdjęcia z jej długiego obiektywu powinny być ciekawe.
Uzgadniam z Kubą, skąd będzie nas Fot.ografował w poszczególnych
miejscach i udzielam mu ostatnich porad dotyczących jazdy.
Zaplanowane dla niego "łatwe objazdowe warianty" do naszej
trasy też wywołałyby u wielu ugięcie kolan. Kuba nie traci
rezonu i zaczyna ostrożnie zjeżdżać w stronę pierwszego stanowiska.
Maciek badający warunki w naszej ścianie sygnalizuje kłopoty.
|
Stok, którym chcieliśmy
jechać jest pokryty twardym lodem, na którym miejscami
zalegają odłożone przez wiatr poduchy lawiniastego śniegu.
Nie sposób realizować planu. - Stój - wołam za Kubą.
W kilku zdaniach uzgadniam z Maćkiem korektę trasy.
Kuba ma działać bez zmian, ja pojadę bardziej w jego
stronę niż zakładaliśmy, a Maciek nie wracając do góry
dojedzie do mojego toru. Ruszam ze szczytu bardzo szybko
i po kilkudziesięciu sekundach jestem w połowie stoku
- warunki są bardzo dobre. Maciek trawersuje między
skałkami do pola śnieżnego, którym jechałem i rusza
w fontannach śniegu wyrzucanego nartami. Czekamy chwilę,
żeby Kuba zajął nową pozycję, po czym powtarzamy sekwencję.
Jadę w stronę skałek po drugiej stronie żlebu, przemykam
między nimi i pędzę żlebem w dół. Maciek jedzie bardziej
w osi żlebu. Po chwili dołącza do nas Kuba i kolejno
jedziemy między małymi lawiniskami w stronę Moniki.
Trzy godziny podejścia i dwadzieścia pięć minut zjazdu
w fantastycznym terenie i doskonałych warunkach. Dwoje
Fot.ografujących i łącznie około stu pięćdziesięciu zdjęć.
Jeden z najfajniejszych dni zeszłej zimy. |

Maciek Cukier podczas zjazdu pd.ścianą Moncha.
Fot. Marcin Kacperek
|
W lutym nadszedł czas wspinaczek - wchodzenie na zamarznięte
lodospady jest nałogiem z którego trudno się wyzwolić. Dobre
warunki spowodowały, że przez kilka tygodni tak w pracy, jak
w czasie wolnym zamieniłem narty na raki i kijki na czekany.
Też było warto.
Marzec to wyraźny zwrot z powrotem w stronę nart i prędkości.
|
Rutynowy dzień w pracy na nartach - ot,
wielokrotnie przechodzony szlak narciarski i niezła
pogoda. Jedynie warunki lawinowe wymagają ode mnie pewnego
wysiłku, bo trzeci stopień pozwala jeszcze na działanie
osobom kompetentnym, ale zmusza do dużej uwagi i precyzyjnego
doboru drogi w terenie. Wchodzimy z Arturem na szczyt
i wpada mi w oko ściana skalna przecięta pasmem śniegu
z ostrą śnieżną grańką. Natychmiast widzę cudowną Fot.ogeniczność
formacji - zdjęcia będą jak ze śmigłowca, tylko czy
tam zjadę? Pole śnieżne i grańka - nad wielkimi ścianami
skalnymi, więc nie do spadania, ale na pewno dadzą się
przejechać. Potem w dół żlebem - oj, wielki próg na
dole. Trzeba będzie wytrawersować pod turniczką... to
wygląda groźnie. Ciekawe, czy z drugiej, niewidocznej
strony trawersu jest śnieg. Największą niewiadomą jest
zagrożenie lawinowe - nie można wybierać bezpiecznych
formacji, w ścianie jest sporo śniegu położonego przez
wiatr, a nawet bardzo mały zsuw śniegu wystarczy, żeby
zrzucić jadącego pod ściany skalne poniżej.
Wracam do domu, ale myśl o zjeździe nie daje mi spokoju.
Za trzy dni wyjeżdżam do Szwajcarii do pracy i muszę
zrobić to przed wyjazdem, bo warunki nie doczekają mojego
powrotu.
|

Maciek Cukier podczas zjazdu pd.ścianą Moncha.
Fot. Marcin Kacperek
|
Dwa dni później jestem w tym samym miejscu w towarzystwie
Moniki i Kuby. Warunki trochę się poprawiły, ale wcale nie
jestem pewien, że w wystarczającym stopniu.
Uzgadniam z moją ekipą miejsca, z których będzie Fot.ografować
i filmować poszczególne fragmenty zjazdu i idę nad mój cel.
Objeżdżam moje pole z grańką tak, żeby ślad nie był widoczny
na zdjęciach i wtrawersowuję w jego skraj kilkadziesiąt metrów
pod szczytem. Kopię dwa małe bloki testowe w odległości kilku
metrów od siebie i wynik jest taki sobie. Powierzchnia to
wyraźnie bardzo niebezpieczny, zmielony wiatrem śnieg, ale
jego połączenie z warstwami głębiej jest już w miarę solidne.
W miejscu, które zbadałem, bo o kilkanaście metrów stąd pokrywa
może, a nawet musi być zbudowana trochę inaczej. Jakby to
nie wyglądało - śnieg nigdy nie mówi "tak". Jeśli coś sugeruje,
to zawsze jest to "nie", którego braku nie można uznać za
zachętę. To nierówna rozgrywka z tylko jedną braMarcin Kacpereką, w której
nie można zwyciężyć, a szczytem osiągnięć jest nie przegrać.
| Wracam na szczyt i dzwonię do Moniki
z Kubą, że zaraz ruszę. Najwyżej będę się wracał, bo
gorszych możliwości nie rozważam. Wjeżdżam zdecydowanie
między skałki pod szczytem i wyraźnie czuję, że jadę
po śnieżnej poduszce odłożonej przez wiatr pod granią.
Zamiast jak planowałem przeciąć środek pola uciekam
w prawo, bo dalej od głównej grani depozyt z wiatru
jest mniejszy. Kilka zakrętów doprowadza mnie na śnieżną
żyletkę, która tak urzekła mnie z daleka. Rzeczywiście
jest śliczna, ale warunki są dalekie od ideału, a ekspozycja
poważna. Lewa strona grańki to skorupa, przez którą
brzydko się przełamuję, a prawa - warstwa lawiniastego
śniegu. Przeskakuję kilka razy z jednej strony na drugą
i skorupa przechodzi w twardy lód, a śnieg robi się
coraz głębszy. Zapadam się do pół łydki, a spowodowanie
nawet małej deski skończy się lotem przez sporą ścianę
skalną. Moja trasa prowadzi przez lód w lewo do żlebu
z progiem - tam też nie należy spadać. Ścianka dzieląca
mnie od żlebu ma tylko kilka metrów, ale nawiany śnieg
ma ponad 55 stopni nachylenia. Chcę przez nią wjechać,
a nie zsuwać się, ale nie wiem, co czeka mnie w stromym
żlebie. Jeśli jest tam bardzo miękko mogę spaść ze śniegiem,
a jeśli bardzo twardo mogę spaść sam. |

Maciek Cukier podczas wejścia na Moncha
Fot. Marcin Kacperek
|
Mimo wszystko możliwość powrotu na górę jakoś mnie nie kusi,
więc jadę. Nic nie spada, ale rewelacji też nie ma. Lewa strona
wąskiego żlebu to lodowy beton, prawa - lawiniasty depozyt.
Kontynuuję taniec rozpoczęty na grańce. Obskok na lód, krawędzie
łapią.... i obskok w miękki zły śnieg, nic nie pęka... Co
za życie, ale dobrze, że trwa.
Próg w żlebie się zbliża, na szczęście planowany trawers pod
turniczką jest wyśnieżony. Jest wąsko i groźnie. Ściana poniżej
ma ponad pięćdziesiąt metrów, a ja sunę nartami po stromym
śniegu pół metra nad jego krawędzią. Wreszcie wydostaję się
na szerokie pole. Wciąż jest stromo, ale po raz pierwszy dzisiaj
wybieg jest śnieżny i ewentualny upadek nie będzie miał żałobnych
konsekwencji. Jedyne co zaburza śnieżną gładź pode mną to
krawędź obrywu lawiny, która zeszła samoczynnie kilka tygodni
temu. Uskok ma około półtora metra - niedobrze byłoby zrzucić
coś takiego, ale na szczęście już spadło. Odprężony ruszam
przez stok coraz szybciej, przeskakuję obryw i pędzę wśród
kulek i ślimaków śniegu, odtopionego i osypującego się ze
ścian.
Druga połowa marca i kwiecień to czas wyjazdów w Alpy. Na
pierwszy ogień prowadzimy z Maćkiem wyjazd do Krippenstein
- rejon nas zachwyca. Potem mała sesja heli skiing w Lech
am Arlberg.
Wyskakujemy ze śmigłowca i Maciek wręcza mi kamerę
- Wiesz co? Może pokręć mnie trochę tym razem. - Nie ma problemu,
mogę go chwilę pokręcić. Kolejne odcinki zjazdu mijają, warunki
są wyśmienite i ciągle zanim zaproponuję jakąś zmianę, mój
przyjaciel ma już wizję, którędy i w jakiej kolejności pojedziemy
my i nasi goście, którędy on, a gdzie ja powinienem się ustawić
z kamerą. Na dokładkę Fot.ografuję gości - wszystko jest wspaniale,
ale radości z pięknego zjazdu zostaje mi tyle, co gdybym schodził
na nogach. Na pociechę Artur robi mi kilka zdjęć. W końcu
jestem w pracy.
Po kilkunastu dniach w Polsce, tym razem bez Maćka wyjechałem
w Alpy Berneńskie, żeby na nartach strawersować tą grupę razem
z moimi gośćmi. Warunki były zmienne, ale udało się nam wejść
na kilka szczytów i bardzo fajnie pojeździć. Podczas tych
kilku dni spędzonych w rejonie wypatrzyłem kilka porażających
urodą celów i nabrałem pewności, że musimy tu przyjechać z
Maćkiem.
Maj - firnowe zjazdy w Tatrach i wreszcie wyjazd
w Alpy Berneńskie z Maćkiem Cukrem. Udało nam się zjechać
południową ścianą Moncha, od której zaczynały się nasze plany,
ale pogoda i warunki uniemożliwiły zakładane podnoszenie poprzeczki
i dwa nowe zjazdy.

|
Marcin Kacperek podczas podejścia na Moncha.
Fot. Maciek Cukier |
Kawałek za przejściem granicznym w Suchej Horze
Maciek zdaje sobie sprawę, że nie zabrał sondy i łopatki lawinowej.
To niezbędne elementy wyposażenia, ale nie bardzo mamy ochotę
po nie wracać, bo i tak wyjechaliśmy z kilkugodzinnym opóźnieniem.
Kupimy sprzęt na miejscu, lub chętniej pożyczymy od lokalnych
przewodników w Grindelwaldzie. - Oni mi tam nieraz pomagali
jak miałem jakieś potrzeby. - mówię - Wiesz, co? Kupmy im
też butelkę Demianowki i na pewno im będzie miło, niech dobrze
pamiętają polskich przewodników. - Pierwsza planowana butelka
miała być przeznaczona dla obsługi schroniska Hollandia w
którym mieliśmy się zatrzymać przez większość naszego pobytu
w Alpach Berneńskich.
Na pasie ziemi niczyjej między Słowacją a Austrią
Maciek łapie się za głowę - Demianowka! Nie kupiliśmy!. Faktycznie.
Zaglądamy z nadzieją na kilka stacji benzynowych w pobliżu
granicy, ale wszędzie wybór alkoholi jest ograniczony, a prawdziwe
sklepy dawno pozamykane. Nie to nie, damy sobie radę bez Demianowki.
Po drodze pożyczamy w NieMaciek Cukierzech sprzęt lawinowy
dla Maćka i gdzieś przy wjeździe do Szwajcarii dociera do
nas, że podczas wczorajszych desperackich poszukiwań Demianowki
chcieliśmy kupić jedną butelkę zamiast potrzebnych nam dwóch...
Decydujemy, że zamiast jechać na górę wieczorem i spać w schronisku
Monchsjoch znajdującym się kilkaset metrów od wejścia w pd-zach
grań Moncha zostaniemy w Grindelwaldzie. Nie będziemy mieli
aklimatyzacji, ale przynajmniej będziemy wypoczęci. Przy wieczornym
pakowaniu okazuje się, że Maciek zapomniał kolejnych istotnych
rzeczy, co wprawia mnie w pewne zdumienie. Zazwyczaj mój przyjaciel
jest doskonale zorganizowany, więc daję wyraz narzucającemu
się podejrzeniu - Maciuś, Ty to się chyba zakochałeś. - Maciek
z godnością ignoruje moje sugestie.
Pierwsza z naszych ścian to południowa ściana
Moncha o wysokości 500 metrów, sam szczyt ma 4107 metrów nad
poziom morza. Układ celów w terenie powoduje, że nie możemy
się zaaklimatyzować ani rozjeździć w okolicy przed porwaniem
się na tą najwyższą z gór, z których mamy zjeżdżać. Kolejka,
którą wjeżdżamy na przełęcz Jungfraujoch dostarcza nas tuż
od ścianę Moncha, a schronisko Hollandia i reszta naszych
celów leży o wiele kilometrów dalej. Jeśli zjedziemy w dół
lodowcem i podejdziemy do Hollandii, nie wrócimy już pod Moncha
tym razem.

|
Marcin Kacperek podczas zjazdu pod ścianą Moncha
Fot. Maciek Cukier |
Po wyjściu z tuneli kolejki podchodzimy pod południowo zachodnią
grań, którą wiedzie normalna droga na szczyt. Warunki są dobre,
najlepsze z tych, które kiedykolwiek tu napotkałem i marsz
w górę sprowadza się do przebierania nogami i czekanem pozbawionego
większych trudności. Po drodze obserwujemy trasę zjazdu biegnącą
na lewo od naszej grani - miejscami widoczny jest lód, a nasze
próby wchodzenia trawersami w ścianę dla skontrolowania warunków
potwierdzają, że jest bardzo twardo. Może nawet za twardo,
biorąc pod uwagę, że ściana ma 500 metrów i w górnej części
na sporym odcinku jest stromsza niż 50 stopni. Z drugiej strony
wkładamy w wejście na szczyt na tyle energii, że perspektywa
schodzenia z powrotem nie jest wcale pociągająca.
Dochodzimy do szczytu i po zrobieniu kilku zdjęć przypinamy
narty. Ściana Moncha jest typową alpejską lodową flanką. Pozbawione
półek i mniej stromych miejsc lustro śniegu i lodu widoczne
jest do samego dołu. Nawet upuszczona rękawiczka nie napotkałaby
tam nic, na czym mogłaby się zatrzymać, nie mówiąc już o czymś
większym, jak na przykład plecak, lub plecak z narciarzem.
Delikatnie zsuwamy się ześlizgiem wzdłuż nawisów pod szczytem,
choć wywalone nad nas jęzory zlodowaciałego śniegu budzą niepokojące
dreszcze wzdłuż kręgosłupa.
Na zlodzonej nierównej powierzchni jest cieniutka warstwa
nowego śniegu. Po kilkudziesięciu metrach musimy zagłębić
się w otwartą ścianę. Wciąż jest bardzo stromo i twardo więc
niestety musimy jechać bardzo zachowawczo. Zsuwamy się w sumie
około stu pięćdziesięciu metrów i wreszcie zaczynamy jechać,
bo świecące na ścianę słońce poprawia warunki śnieżne.
Zbliżamy się do dolnej krawędzi naszej flanki i musimy pokonać
szczelinę brzeżną. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się pojechać
w lewo trawersem nad szczeliną i wyjechać u wejścia w grań,
którą wspinaliśmy się na górę. Niestety stok nad szczeliną
grozi nam lawiną ze zdeponowanego przez wiatr śniegu. Nie
byłaby duża, ale groziłaby wrzuceniem w szczelinę i zasypaniem
- tak rękawiczki, jak i plecaka, a nawet plecaka z narciarzem.
Tego nie chcemy, więc zawracamy i wiążemy się liną. Przejedziemy
przez szczelinę wprost, co oznacza, że będziemy musieli zaufać
wątłemu mostkowi śnieżnemu, a potem znaleźć drogę pomiędzy
serakami i wielkimi szczelinami w dolnej części ściany. Z
grani wypatrzyliśmy tam ciąg przesmyków dający nadzieję na
przedostanie się i teraz musimy przekładać w głowach tamten
obraz wyglądający jak lotnicze zdjęcie na otaczające nas potrzaskane
bryły lodu. Po piętnastu minutach jesteśmy bezpieczni przy
depozycie zostawionym u wejścia w grań.
Kolejne dni nie przynoszą już tak ładnej pogody
jak pierwszy. Przejaśnienia trwają najwyżej po dwie, trzy
godziny, więc nie ma mowy o dwóch pozostałych flankach, na
które ostrzyliśmy sobie zęby. Poza tym, odkąd dwa tygodnie
temu byłem tu w pracy, ta ładniejsza z nich wytopiła się do
szarego, twardego lodu. Na pociechę zjeżdżamy szeregiem stromych
ścianek i kuluarów w rejonie grani Anu, na końcu której stoi
nasze schronisko.
Koniec maja, to ostatnie firny w tatrzańskich żlebach. Na
zakończenie sezonu zjeżdżamy z Arturem z Zawratu.
Razem zaczynaliśmy sezon i razem go skończyliśmy.
Niosąc narty w dół po suchych kamieniach - niechybny znak
końca sezonu - umawiamy się na działania przyszłej zimy. Artur
z właściwym sobie zapałem wybiera się wszędzie - rozjazd w
listopadzie, weekendowe tury w Tatrach, freeride camp w Austrii
i heli skiing w Szwajcarii. Już niedługo...
|