|
|
Północna ściana Kongur Shan, Chiny. Lato 1999
CZAS PRZESZŁY NIEPOKONANY
Historia alpinizmu w ogólności, a i moja osobista w szczególności
obfitują w epizody nieefektowne, przedsięwzięcia nieudane
i próby niepodjęte. Te ostatnie nie całkowicie należą do historii
jako rzeczy, które się nie wydarzyły, ale przynajmniej część
z nich nie wydarzyła się mimo ich realnego planowania, co
z powrotem umieszcza je w dziedzinie historii.
Udział w wyprawie na Kongur Shan był dla mnie melanżem epizodów
nieefektownych wspinaczkowo i efektownych krajobrazowo. Był
przedsięwzięciem udanym z wielu licznych względów, a nieudanym
z punktu widzenia ostatecznego celu, to jest wejścia na szczyt.
Nie był próbą niepodjętą.

|
Północna ściana Kongura
Fot. Marcin Kacperek |
Kongur Shan leży w południowo zachodnim rogu Chin i ma wysokość
7719 metrów. Jest najwyższym szczytem Pamiru. Przez lata pisano
w polskich encyklopediach, że najwyższą górą Pamiru jest o
ponad dwieście metrów niższy Pik Kommunizma. Świat się zmienia.
Nasza trasa pod górę wyglądała następująco; samolotem z Warszawy
do Londynu, z Londynu do Islamabadu (Pakistan) i z Islamabadu
samochodami i autobusami przez Gilgit i Sost do Kaszgaru w
Chinach. Z Kaszgaru samochodem do maleńkiej osady Gez Karakul
i z Gez z karawaną wielbłądów do miejsca naszej bazy. Przy
sprawnym przebiegu taka podróż powinna zająć około ośmiu dni.
Nam zajęła osiemnaście.
Powód był prozaioczny i nieoryginalny. Dziesiątki wypraw w
różne rejony Azji tracą najpierw bagaże, a później czas i
nerwy usiłując odzyskać te pierwsze. Różnice pomiędzy poszczególnymi
przypadkami są niewielkie i z reguły sprowadzają się do technicznych
detali dotyczących ilości straconych dóbr i czasu ich ewentualnego
odzyskania. Wiedzieliśmy o tym oczywiście i dlatego wylecieliśmy
z kraju dopiero po uzyskaniu pewności, że nasze pakunki oczekują
nas w Islamabadzie.
Oczekiwały, tyle, że nie wszystkie. Połowa rozproszyła się
po otchłannych trzewiach połowy lotnisk świata. Kontakty z
przewoźnikiem wprowadzały w rzeczywistość Franza Kafki. Nikt
nic nie wiedział. Nie było to dziwne, zważywszy, że kontaktowaliśmy
się z Warszawą i Islamabadem, a nasze cargo z jednego miejsca
na pewno wyleciało, a w drugie na pewno nie dotarło. Przez
czternaście dni nasz bagaż znajdował się po kawałku, bez żadnej
pewności, kiedy ten proces się zakończy.

|
Marcin Kacperek na grani śnieżnej.
Cała japońska grań widoczna w wielkim skrócie.
Fot. Krzysztof Treter |
Dwutygodniowe oczekiwanie we wściekle upalnym Islamabadzie
było ciężką próbą. Jej powagę pogłębiał fakt, że w Islamskiej
Republice Pakistanu obowiązuje całkowita prohibicja i niemożliwe
jest spędzanie ciężkich chwil zgodnie z tradycją narodową.
Wszystkim wiadomo, że w sytuacja niezmiernie wyczerpujących
fizycznie lub psychicznie z ludzi opadają pozy i maski. Nasze
dwa tygodnie były tego typu testem. Po ich upływie znaliśmy
na wylot swoje mocne i słabe strony.
W wyprawie udział wzięli: Krzysztof Treter jako kierownik,
Piotr i Kuba Alchimowiczowie jako lekarz i syn lekarza, Wiesław
Madejczyk, Marcin Pius, Tomasz Madejczyk i niżej podpisany,
czyli ja, jako wspinacze. Całe to towarzystwo filmował Michał
Kochańczyk jako ekipa filmowa.
Praktycznie nie znałem nikogo z moich towarzyszy, Dawno temu
zetknąłem się z Tomkiem Sowińskim na obozie w Tatrach Słowackich.
Kongur był do tej pory zdobyty tylko dwukrotnie, w 1981 roku
przez Anglików od południa i w 1992 przez japońską wyprawę
działającą od północy. My mieliśmy nadzieję na zrobienie nowej
drogi od północy, ale ze względu na dzikość rejonu w zasadzie
nie dysponowaliśmy dobrymi zdjęciami ściany. Kiedy doszliśmy
pod ścianę i zobaczyliśmy ją po raz pierwszy, odrobinę straciliśmy
rezon. Droga japońska wiodła granią wrastającą w północną
ścianę, i była niewiarygodnie długa. Miała prawie dziewięć
kilometrów długości przy czterech kilometrach różnicy wzniesień.
Właściwa ściana północna była szalenie niebezpieczna, obłamujące
się bariery seraków miały pod ostrzałem w zasadzie całą ścianę.
Nie było tam możliwości poprowadzenia względnie bezpiecznej
drogi przy takich jak nasze założeniach taktycznych.

|
Marcin Kacperek na uskoku grani śnieżnej.
Fot. Krzysztof Treter |
Nasze założenia taktyczne były dość niejasne. Było nas zbyt
dużo, aby myśleć o działaniu w stylu alpejskim, to znaczy
bez zakładania obozów i lin poręczowych. Nasza okolica nie
dawała również szans, aby w miarę szybko zyskać aklimatyzację,
co jest niezbędne dla tego typu działań.
Było nas zbyt mało, aby skolonizować górę o takich rozmiarach
w klasycznym stylu ekspedycyjnym, czyli ubezpieczyć stałymi
linami wszystkie trudne miejsca, założyć i zaopatrzyć szereg
obozów, które staną się logistycznym zapleczem poruszania
się w stronę szczytu. Musieliśmy wypracować własny system,
ale zostawialiśmy to do momentu w którym zobaczymy górę i
naszą drogę.
Drugiego dnia po założeniu bazy poszliśmy na rekonesans. Wszystko
wskazywało na to, że będziemy wspinać się drogą japońską,
ale po pierwsze nie byliśmy pewni, jaki dokładnie jest jej
przebieg, a po drugie mieliśmy nadzieję, że znajdziemy jakiś
skrót, bo perspektywa pokonywania takich odległości nie budziła
w nas entuzjazmu.
Tomek z Marcinem poszli spenetrować przypuszczalny start drogi
japońskiej, a Krzyś, Wiesiek i ja pod północną ścianę. Trawersowaliśmy
strome piargi wzdłuż podstawy japońskiej grani szukając możliwości
wejścia na nią w pobliżu północnej ściany, co pozwoliłoby
na znaczne zmniejszenie odległości, którą musieliśmy pokonać.
Nieomal w rogu, w którym japońska grań wrasta w ścianę, zobaczyliśmy
filar, który zdawał się dawać możliwość dostania się na grań.
Aby naprawdę go zobaczyć trzeba było przekroczyć kuluar, nad
którym zwieszała się niebezpieczna bariera seraków. Staliśmy
w bezpiecznym miejscu na brzegu kuluaru i patrzyliśmy na trawers
do wąskiej grządki w jego środku. Znalazłszy się na niej bylibyśmy
chronieni przed wszystkim oprócz największych obrywów, ale
dojście tam mogło w każdej chwili zostać wymiecione do czysta.
-Idziemy?- zapytałem. Krzyś spojrzał w górę i powiedział -
W zasadzie jak na ciebie spadnie serak, to nie boli. - Wiesiek
uśmiechnął się powątpiewająco, a ja pomyślałem, że znajdę
z naszym liderem wspólny język. Poszliśmy z Krzysiem zajrzeć
do kuluaru.
Podczas swojego wyjścia Marcin i Tomek natrafili na ślady
Japończyków - strzępy pętli, resztki sprzętu itp. Po naradzie
w bazie postanowiliśmy wspinać się droga japońską. Następnego
dnia Marcin i Tomek wsparci przez Wieśka poszli założyć bazę
wysuniętą. Stanęła ona na wysokości 4650 metrów, a od bazy
dzieliło ją żmudne podejście po piargach, 150 metrów wspinaczki
bardzo kruchymi skałami i odcinek wędrówki ostrzem grani.
Tej nocy spadł śnieg i od tej pory opady z przejaśnieniami
towarzyszyły nam praktycznie cały czas. Koło południa przejaśniło
się na tyle, że chłopcy wyszli troszkę w górę, trawersując
niebezpieczne pola śnieżne poniżej skalnych turni stanowiących
ostrze japońskiej grani na znacznej części jej długości. Gdy
zawracali widoczność była praktycznie zerowa, tak że na temat
tego, dokąd właściwie doszli i co jest dalej mogliśmy tylko
spekulować.
| Następnego dnia chłopcy
wrócili na dół, a my z Krzysiem wyruszyliśmy do góry.
Tego samego dnia do bazy wysuniętej doszli też Michał
i Kuba, niosąc jedzenie i sprzęt, które miały być używane
wyżej. Kolejny ranek wstał w miarę pogodny i nasz wymarsz
w górę z bazy wysuniętej mógł odbyć się bez przeszkód.
W miarę jak szliśmy przybywało wokół nas chmur, a wkrótce
zaczął padać deszcz. Dotarliśmy do miejsca z którego
zawrócił drugi zespół, zaznaczonego lina wiszącą przez
stromy odcinek i wyszliśmy na ostrze grani. Widoczność
była fatalna, ale to co przed nami majaczyło wyglądało
jak zły sen. Grań stawała dęba potrzaskanymi płetwami
skały i z miejsca, w którym wyszliśmy na ostrze, trzeba
było znacznie się obniżyć i wykonać kolejny potężny
trawers stromą śnieżną galerią.
Z jej końca należało znowu wspiąć się na ostrze. Odległości
były trudne do oszacowania, bo mgły rozdzierały się
tylko chwilowo i trudno było ogarnąć wszystko naraz.
Zostaliśmy w tym miejscu na noc.
Później zyskało ono nazwę bazy bardzo wysuniętej, ponieważ
uznaliśmy, że jest zbyt blisko by nazywać się obozem
pierwszym. Przez noc sypało, ranek nie przyniósł żadnej
zmiany. Nic nie było widać i zeszliśmy całkiem do bazy.
Wierzyliśmy, że pogoda wróci do słonecznej normy z czasu
karawany i pierwszych dwóch dni naszego pobytu. |

Krzysztof Treter na trawersach
pod obozem I.
Fot. Marcin Kacperek
|
Trzydniowy pobyt w górze Wieśka, Tomka i Marcina nie przyniósł
zmiany klimatu. Uwięzieni w namiotach przez większość tego
czasu zdołali wyjść trochę poza bazę bardzo wysuniętą i opowiadali
nieprzyjemne rzeczy o zejściu i następującym po nim trawersie,
którego kawałek udało im się pokonać.
Doszliśmy z Krzysiem do bazy bardzo wysuniętej o piątej
po południu, w strugach padającego deszczu, ale przy względnie
dobrej widoczności. Trawersy, które poprzednio wydawały się
takie długie, tym razem dały się oszacować. Trzeba było obniżyć
się o około stu, a następnie trawersować falującą galerią
przez około pięciuset metrów. Jedynym, ale niebagatelnym problemem
było to, iż środkowa część galerii nosiła wyraźne ślady bombardowania
lawinami kamiennymi. Na szerokości około stu pięćdziesięciu
metrów śnieg był zupełnie brązowy, zryty kamieniami w żleby
i kratery, a wszystkie zagłębienia wypełnione były drobnym
żwirkiem. Nie wyglądało to jak miejsce, w którym chciałbym
być.
Deszcz padał przez całą noc, co było dość dziwne, zważywszy
na fakt, iż znajdowaliśmy się na wysokości pięciu tysięcy
metrów. Spływająca woda podmywała seraki, wytapiała ze śniegu
kolejne głazy i cała okolica grzmiała lawinami. Obawialiśmy
się o solidność turni, na której stał nasz namiocik, ponieważ
wiszące w namiocie rzeczy specyficznym podskakiwaniem sugerowały,
że drży. Było to bardzo eksponowane miejsce. Wyszedłem się
załatwić, a przy okazji zerknąłem na naszą turniczkę. Na pewno
nie dawała podstaw do nierozumnego optymizmu. Lity blok o
wielkości ciężarówki, na którym spaliśmy, wychylał się poważnie
nad trzystumetrową czeluść, a stał na luźnych kamieniach i
błocie, które wyraźnie się spod niego wysypywały. Oj, niedobrze.
Z godnością zignorowaliśmy huk lawin, drżenie namiociku i
ciągły opad. Spało się świetnie.
Rano wciąż padało, więc nie musieliśmy stresować się podejmowaniem
żadnych decyzji. Popijając kompociki z liofilizowanych owoców,
doczekaliśmy chwili, kiedy błysnęło słońce i zmusiło nas do
stawienia czoła trawersowi-mordercy. Najpierw wysuszyliśmy
śpiwory i ubrania mokre jeszcze od wczoraj. Jeśli to tylko
chwilowe przejaśnienie, nie było co pakować się w kłopoty
z nadmiernym pośpiechem. Po dwóch godzinach nie wydawało się
to chwilowym przejaśnieniem. Rzeczy były suche, a na nasz
trawers kamienie spadały tylko od czasu do czasu. W ciągu
dwóch godzin ze trzy porcje bloków.
Podjęliśmy nieśmiałą wymianę zdań na temat pójścia dalej.
Chyba obydwaj byliśmy gotowi wyruszyć, ale nikt nie mówił
tego głośno, żeby nie wyjść na samobójcę, albo - nie daj Boże
- na nierozważnego. Efekt był do przewidzenia - po chwili
niby-rozważań wyruszyliśmy i po pięciu godzinach mieliśmy
za sobą wszystkie niebezpieczeństwa na ten dzień.
Obóz pierwszy, który założyliśmy na grani śnieżnej, stanął
na wysokości pięciu tysięcy trzystu metrów. Wciąż nisko, chociaż
żeby tam dotrzeć trzeba było pokonać potężną odległość w poziomie.
Większość z dotychczas przebytej trasy biegła nieomal poziomymi
trawersami i wzniesienie się o każde sto metrów okupione było
wieloma setkami metrów wspinania. Na domiar złego trawersy
były strome i niebezpieczne. Wspinanie się nimi bez asekuracji,
z ciężkimi plecakami było żmudne i wytężające. Wspinanie się
z asekuracją nie wchodziło w grę jako jeszcze bardziej żmudne
i czasochłonne, a co za tym idzie, mniej bezpieczne. Asekurowaliśmy
się z Krzysiem tylko dwukrotnie - kiedy po raz pierwszy robiliśmy
trawers-mordercę i drugi raz, kiedy schodziliśmy ten odcinek
przy fatalnym zagrożeniu lawinowym.
Przy wciąż padającym deszczu zeszliśmy do bazy odpocząć.
Zespół Wieśka miał wyjść następnego dnia, ale pogoda nie dała
nawet wychylić nosa z namiotu. Lało jak w Zakopanem. Dwa dni
później pokazało się słońce i chłopcy pełni entuzjazmu wyruszyli
do góry. Tym razem towarzyszył im Michał, który do filmu o
wyprawie potrzebował pewnej ilości materiału ze wspinania.
Świstaków i odwiedzających naszą bazę Kirgizów miał już pod
dostatkiem.
Kirgizi odwiedzali nas regularnie. Pierwszą rzeczą, która
zwracała uwagę były ich ubiory, dalekie niestety od uroku
i autentyzmu właściwego rzeczom nie produkowanym przemysłowo.
Był to przedziwny zlepek stylów, dyktowany bez wątpienia dostępnością
pewnych produktów. W krajobrazie odzieżowym dominowały chińskie
tenisówki, marynarki i tandetne kapelusiki pomieszane z rzadka
z bardziej tradycyjnymi wyrobami. Nosiło się to samo bez względu
na pogodę, nawet przy opadach śniegu. Jedynie najstarsi z
ludzi, których spotkaliśmy, chodzili w ręcznie robionych skórzanych
butach na skórzanych podeszwach i odzieży nie wyglądającej
na produkt przodowników pracy. Buty i ubrania wyglądały na
tak stare jak ich właściciele i zapewne razem z nimi umrą.
Szkoda.
Około piętnastu minut marszu dzieliło naszą bazę od najbliższych
siedzib ludzkich. Znajdowały się w sezonowej wiosce pasterskiej,
zamieszkałej chyba przez dziesięć rodzin. Rejon Kongura nie
jest regularnie odwiedzany przez zachodnie wyprawy. Byliśmy
trzecią ekspedycją w tym miejscu w ciągu dziesięciu lat. Mieszkańcy
okolicy nie są przyzwyczajeni do kontaktów z obcymi, co ma
swoje dobre i złe strony. Są niezepsuci i niewyrachowani,
ale za to ciekawscy i natrętni. Odwiedzało nas wiele osób,
zwłaszcza dzieci. Codziennie wyganiały one jaki i owce na
zbocza w okolicy naszej bazy i spędzały znaczną część dnia
asystując tym z nas, którzy właśnie byli na dole. Uczyły nas
ujgurskiego, nie zrażając się brakiem postępów, interesowały
się przebiegiem akcji górskiej i uwielbiały czekoladę. Znaliśmy
imiona części z nich, innym nadaliśmy przezwiska takie jak
Skurczybyk, Dżygit czy inne. Kirgizi mają rewelacyjny słuch
i byli w stanie powtarzać bez akcentu trudne polskie słowa,
wychwycone z naszych rozmów. Właśnie w ten sposób Skurczybyk
dorobił się swojego przydomku. Dżygit szczególnie przypadł
mi do serca, a ochrzciłem go tak, a nie inaczej na podstawie
jakiegoś niejasnego impulsu. Nie jestem pewny, czy kiedy byłem
pięciolatkiem mój ojciec chrzestny nie zwracał się do mnie
w ten sposób. W zauważalny, choć trudny do sprecyzowania sposób
Dżygit odstawał od grupki dzieci, z którymi do nas przychodził.
Cieszył się i bawił tak jak one, ale zamyślał się zupełnie
na własną rękę. Wyróżniałem go i trochę go to peszyło, bo
pewnie nie rozumiał, dlaczego to robię. Wyróżnianie polegało
na przykład na tym, że kiedy dawałem im tabliczkę czekolady,
to on dostawał ją do rąk z migowym poleceniem, aby się podzielił.
Mogło go to dziwić, bo daleko mu było do bycia największym
albo najgłośniejszym, nie miał też skłonności do wyrywania
się do przodu.
Odmienną grupę odwiedzających stanowili ludzie przychodzący
do lekarza. Część z nich potrzebowała pomocy naprawdę, część
tylko trochę, a część chciała po prostu wyłudzić leki na czas,
kiedy będą potrzebne. Czasami przychodzili z bardzo daleka,
gdyż najbliżsi chińscy lekarze oddaleni byli o dwieście lub
więcej kilometrów. W realiach życia tych ludzi stanowiło to
barierę nie do pokonania.
Gdy przychodziła większa grupa pacjentów, Krzyś pełnił rolę
pielęgniarki i rejestratorki, przeprowadzając na migi wywiad
i przekazując dane Piotrowi. Piotr badał chorych i wydawał
polecenia Kubie, który z wielką fachowością prowadził aptekę.
Mnie czasami zdarzało się być ostatnim ogniwem w tym łańcuchu
i tłumaczyć pory przyjmowania leków za pomocą rysowanych dni
i nocy.
Przez cztery dni wydawało się, że pogoda wróciła na dobre.
Błękitne niebo towarzyszyło nam cały czas. Regenerowaliśmy
się z Krzyśkiem w bazie, choć temperamenty wrzały w nas wolą
działania. W górze nie było miejsca na dwa zespoły, ani w
sensie ilości namiotów, ani w sensie taktycznym. Pocieszaliśmy
się myślą, że może to bardziej długofalowa tendencja i aura
zacznie nam wreszcie sprzyjać. Nie było tak dobrze. Czwartego
dnia chłopcy zeszli w pogarszającej się pogodzie i my znowu
stanęliśmy wobec pełnego wachlarza rozbuchanych zjawisk atmosferycznych.
Chłopcom udało się podczas tego wyjścia zaporęczować odcinek
grani powyżej obozu pierwszego. Michał nakręcił dla potrzeb
swojego filmu sekwencje wspinaczkowe w rewelacyjnej pogodzie,
co upewni wszystkich niedowiarków, że nasze kataklizmowe opowieści
wyssane są z palca. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a
uwierzyli.
W pogarszającej się pogodzie podeszliśmy z Krzysiem do obozu
pierwszego. Nasze nadzieje rozpływały się w deszczu. Następnego
dnia, mimo kiepskich perspektyw, wyruszyliśmy do góry. Ratować
nadzieje. Przeszliśmy poręcze założone przez drugi zespół,
sztukowane starymi linami zostawionymi przez Japończyków i
naparliśmy dalej. Chwilowe przejaśnienie, które wykorzystaliśmy
do startu, skończyło się nad poręczami. Nie bacząc na to,
pokonaliśmy stromy uskok seraka, odcinek grani i lawiniaste
pole śnieżne (ja bałem się bardziej, a Krzyś mniej). Po przejściu
pola, we względnie bezpiecznym miejscu założyliśmy obóz drugi.
Byliśmy na wysokości pięciu tysięcy sześciuset metrów. Około
stu pięćdziesięciu metrów dzieliło nas od miejsca, w którym
japońska grań wrasta we właściwą ścianę północną.
Był już jedenasty sierpnia i nasze chińskie wizy traciły
ważność za dziewięć dni. Nawet przy najbardziej optymistycznych
założeniach nie dało się już stworzyć scenariusza, w myśl
którego mielibyśmy wejść na szczyt. Było po prostu za późno.
Ta refleksja nie była zaskoczeniem, bo cały czas zdawaliśmy
sobie sprawę, że posuwamy się zbyt powoli. Mimo tego chcieliśmy
wyjść jak najwyżej.
Śnieg padał całą noc, którą spędziliśmy w obozie drugim. Opad
uspokoił się trochę dopiero koło jedenastej w południe, kiedy
to ubraliśmy się, aby pójść do góry. Przygotowania zajęły
nam około godziny, podczas której zaciągnęło się znowu. Widoczność
spadła do mniej więcej piętnastu metrów. Posiedzieliśmy chwilę
przed namiotem w nadziei na przejaśnienie. Bez skutku.
Musieliśmy zejść. Wczorajsza groźba lawin uległa tylko spotęgowaniu
i zwiększała się z każdą godziną opadu. Daliśmy znać do bazy,
że zaczynamy schodzić i że jest to koniec naszych działań
na Kongurze.
Schodziliśmy lawiniastymi stokami i tym razem Krzyś bał się
bardziej, a ja mniej. Przeciwnie niż w drodze w górę. Po raz
kolejny ujawniła się przedziwna dynamika naszego współdziałania.
Byliśmy w pewien sposób zsunięci w fazie. Zawsze kiedy brakowało
mi werwy, bałem się lub byłem przygnębiony, Krzysiek był w
stanie mnie rozgrzać. I odwrotnie, jego słabe chwile zbiegały
się z moimi wyżami mentalnymi.

|
Krzysztof Treter podczas odwrotu
z pólnocnej ściany Kongura.
Fot. Marcin Kacperek |
W zejściu było niezbyt różowo - pokonywaliśmy znane odcinki
unikając znanych zagrożeń, ale świadomość, że robimy to po
raz ostatni, przeszkadzała. Tak głupio byłoby, gdyby teraz
coś się stało. Byliśmy na trawersie-mordercy. Rwałem do przodu
najszybciej jak mogłem i w pewnym momencie wspinający się
moimi śladami Krzysiek odezwał się - Ależ walisz susy. - Spojrzałem
na niego i uśmiechnąłem się - W materii odwrotów możesz na
mnie liczyć.
Taka jest moja pamięć o Kongurze. Bardzo osobista i oczywiście
nie cała, bo z oczywistych względów pominąłem tu pewne wątki.
Nie wszedłem tu w opisy bazowych pogwarek i opowieści, nie
przedstawiłem budujących się przyjaźni i zażyłości. Nie usiłowałem
nawet opisać wyprawy tak, jak widzieli ją inni uczestnicy.
Dla każdego z nas było to odmienne doświadczenie i niemożliwe
jest, abyśmy pamiętali je choćby podobnie. Daty będą u wszystkich
takie same, fakty podobne, ale przecież i jedne, i drugie
są zaledwie szkieletem dla uczuć i refleksji.
Mam zamiar znowu zmierzyć się z tą górą. Mądrzejszy o tegoroczne
doświadczenie i lepiej wiedzący, czego chcę. Chcę nowej drogi
zrobionej przez dwóch ludzi w stylu alpejskim. Chcę przyjść
pod trzy kilometry lodu i skały tworzące północną ścianę Kongura
i wejść na nią tak, jak wchodziłem na wszystkie inne ściany
w moim życiu. Krzysiek chce tego również. To od takich pragnień
zaczynają się najpiękniejsze przygody.
|