|
|
"Phantom Sprint", Echo Tower. Fisher Towers National Monument,
Utah, USA. Z Terrym Murphy w listopadzie 2000
POCZTÓWKA Z FISHER TOWERS
Bardzo
lubię się wspinać, ale dla osiągnięcia motywacji niezbędnej
dla realizowania poważnych celów zawsze dodatkowo podbudowywałem
mój entuzjazm.
Do tego celu najlepiej nadaje się legenda. Legenda we wspinaniu
to kruche ściany, nowe drogi, pierwsze powtórzenia czy przejścia
bez asekuracji. Legendą obrastają działania i cele, które
u normalnych wspinaczy wywołują reakcje takie, jakie wspinanie
wywołuje u normalnych ludzi.
Fisher Towers inspirowały mnie od dawna. Wspina się tam niewiele
osób, choć sława rejonu sięga daleko. Opowieści wiążą się
głównie z występującym tam rodzajem skały - tak miękkiej,
że nazywanie jej kamieniem wydaje się być nadużywaniem tego
słowa. Czerwone wieże zbudowane są z czegoś, co przypomina
mocno zaschnięte błoto. Turnie są niezmiernie strome, drogi
głównie hakowe, a możliwości asekuracji gorsze niż bardzo
złe. To musi wywoływać entuzjazm.
Prowadziłem pierwszy wyciąg naszej drogi o wdzięcznej nazwie
"Upiorny wyścig" ("Phantom Sprint"). Nie było aż tak źle,
chociaż każdy punkt na którym zawisałem wyraźnie wcinał się
w miękki piaskowiec. - Świat już nigdy nie będzie taki sam
- myślałem sobie w miarę jak oddalałem się od ziemi.
| Terry prowadził drugi wyciąg - wisiałem
asekurując i wtulałem się w skałe pod naszym worem transportowym.
Każde poruszenie prowadzącego wyzwala w Fisher Towers
prawdziwy deszcz piasku, żwirku i małych kamyczków.
Siedemdziesiąt pięć metrów zajęło nam cały
dzień. Takim powolnym tempem płaciliśmy za delikatne
poruszenia i absurdalny gatunek kamienia na który przyszło
nam wchodzić.
Drugi dzień toczył się rutynowo, mimo że wspinanie
było technicznie trudniejsze - zdążyliśmy się już przyzwyczaić
do zupełnej ekspozycji, czerwonej skały i punktów asekuracyjnych,
które można wyrwać ręką. Poziom adrenaliny podniósł
mi się jedynie kiedy dotarłem do miejsca, w którym wyraźne
ślady wskazywały na to, że jesteśmy pierwszym zespołem
znajdującym się tu po sporym obrywie skalnym. Godność
osobista, łaska Boska i inne rzeczy odpowiedzialne za
przetrwanie takich sytuacji znowu mnie nie zawiodły
i
|

Terry Murphy w pionowym błocie.
|
przedostałem się jakoś za strefę grożącą wyważeniem
ze skały dużego bloku.
Dwieście metrów nad ziemią nasza droga wchodzi na półkę, pierwsze
i jedyne miejsce, w którym można stanąć na własnych nogach.
Terry poprowadził długi i trudny wyciąg prowadzący do półki,
a ja miałem pokonać dziesięciometrową ściankę nad półką i
dostać się na grań naszej turni. Ścianka miała być wyposażona
w tak zwaną "drabinę z nitów" czyli komplet punktów, w domyśle
dobrych, przez które należy się tylko poprzepinać. Nity wbija
się tam, gdzie brak rys uniemożliwia korzystanie z innego
sprzętu. Kilkucentymetrowe kawałki stali osadzane w wierconych
otworach są synonimem optymalnej asekuracji. Miałem prawo
być rozluźniony, choć z drugiej strony powinienem był wiedzieć,
że w Fishers nic nie jest tak, jak gdzie indziej.
Miękka skała Fisher Towers eroduje ze wstrząsającą prędkością.
Stare nity wypadają z otworów, których pierwotne dno zrównało
się z powierzchnią skały, o ile wcześniej nie zostaną wyciągnięte
przez obciążenie, którego nie są w stanie utrzymać. Nity mojej
ścianki wystawały ze skały na około jedną trzecią swojej długości.
Obwiązywałem je cieniutkim sznureczkiem tuż przy powierzchni
skały, i z niepokojem obserwowałem jak poruszają się kiedy
je obciążam. Zmierzchało się i musiałem się spieszyć, ale
wyraźnie czułem na plecach oddech wielkiej półki. Upadek miałby
fatalne konsekwencje, a ja naprawdę nie byłem w odpowiedniej
pozycji, żeby nad nimi rozmyślać. Wiedziałem, że sam jestem
winien swojemu strachowi - po przyjściu na półkę uznałem,
że ten końcowy odcinek będzie czystą formalnością i teraz
nadmiernie reagowałem na zagrożenie.
| Gdy wreszcie dostałem się na szeroką
na metr grań zapadał zmrok. Terry doszedł do mnie i
przy świetle czołówek kolejno weszliśmy na szczyt naszej
turni - Echo Tower. Jak znaczna ilość skalnych wież
w tym rejonie jest ona wąziutką skalną płetwą, której
ostrzem wspinaliśmy się na szczyt. Ekspozycja była porażająca
nawet w półmroku.
Zjeżdżaliśmy naszą drogą, mijając miejsca
pokonywane uprzednio z takim mozołem. Gdy dotarliśmy
na ziemię Echo Tower w lekkim księżycowym poblasku wyglądała
zupełnie nierealnie - już zaczynała stawać się wspomnieniem.
Znowu się udało.
|

Marcin Kacperek podczas
"Upiornego wyścigu"
|
|