|
|
Hawlett's Chimney, Hawlett's Peak. Rocky Mountains National
Park, Colorado USA. Samotnie w maju 1998.
HISTORIA JEDNEGO PODBOJU
(I JEDNEGO NIE)
Budzę
się dwukrotnie; o północy i około pierwszej. Piję wodę. Za
dwadzieścia druga budzik wyrywa mnie z głębokiego snu. Półtorej
godziny jazdy i zaczynam podejście. Wieje wiatr, prószy lekki
śnieg. Idę szlakiem, który doprowadza mnie do jeziora. A ja
jaj!- jak pisał mój ulubiony górski narrator- lewy but jest
bardziej mokry niż suchy. Lód na jeziorze okazał się być wodą
ledwie na granicy zamarzania, zamaskowaną świeżym opadem.
Nie jest tak zimno, zamarznąć, to mi ta noga nie zamarznie.
Klnę sobie przez chwilkę, bardziej dla formy, niż z prawdziwej
potrzeby i ruszam dalej. Oczywiście gubię się w ciemnym lesie
jak dziecko. Uznaję, że przeszedłem już miejsce, w którym
powinienem był odbić ze szlaku w prawo. Wracam się, myśląc
że Giewont to przynajmniej zawsze był tam, gdzie się go spodziewałem.
Dochodzę z powrotem do jeziora i teraz wiem, że przesadziłem
w drugą stronę. Zawracam jeszcze raz i po czterdziestu pięciu
straconych minutach znowu jestem na tropie. Przynajmniej woda
w bucie już mi się zagrzała.
| Samotne podejścia nigdy mi się nie dłużą.
Przez głowę przelatują obrazy i dźwięki, jak fragmenty
filmów. Wspomnienia, marzenia. Twarze i sytuacje. Coraz
więcej ludzi, których znałem, nie żyje. Z drugiej strony,
żyje coraz więcej ludzi, których nie znam. Przypomina
mi się marcowy wypad na północną ścianę Wielkiego Tetona.
Ścianę z nie do końca zrozumiałych dla mnie względów
otaczaną w USA olbrzymim szacunkiem. 750 metrów, 10
godzin podejścia i droga o letnich trudnościach VI.
Nawet z perspektywy Tatr, a co dopiero Alp, nie powinno
to być nic specjalnego. Jedynym wytłumaczeniem jest
fakt, że w Stanach niewiele osób wspina się zimą poza
lodospadami, a i ścian, które są zimowym wyzwaniem dla
wspinacza, a nie narciarza jest w tym kraju stosunkowo
niewiele. Nawet wiedząc to wszystko, trudno mi było
uwierzyć, że taka ściana ma bardzo mało kilka przejść
zimowych. Z początku myślałem o wybraniu się na nią
solo, ale w końcu Terry Murphy stał się moim partnerem.
Na moich warunkach- wspinamy się "po polsku". Nie bierzemy
sprzętu biwakowego i wspinamy się bez przerwy. Z samochodu
do samochodu powinno nam to zająć około pięćdziesięciu
pięciu godzin. Taki był plan.
|

Marcin Kacperek na trzecim wyciągu
Pear Butress.
Tym razem z liną
|
O siódmej rano opuściliśmy Isuzu Terry'ego przy końcu odśnieżonej
drogi. Już po półtorej godziny podejścia na nartach poczułem,
że coś jest nie w porządku. Byłem zbyt słaby i wolny, ledwo
nadążałem za Terrym, który parł pod górę jak pług śnieżny.
Byłem chory. Grypa wlokąca się za mną od kilku tygodni znowu
mnie dopadła. O czwartej po południu zaczęliśmy się wspinać,
początkowo bez asekuracji. Obserwowałem Terry'ego i serce
mi rosło. Była to nasza pierwsza wspólna droga i z przyjemnością
patrzyłem na jego pewne ruchy. W niknącym świetle dnia poprowadziłem
dwa długie i dość trudne wyciągi. Terry bardzo sprawnie i
szybko dochodził, po czym poprowadził jeszcze jedną długość
sześćdziesięciometrowej liny. Pokonaliśmy jedną trzecią ściany,
ale byliśmy znacznie w lewo od linii naszej drogi. Znowu poczułem
się słabo - choroba wysunęła głowę spod euforii wspinania.
Wiedziałem, że nasz plan mnie przerasta. - Terry, przykro
mi, ale musimy się wycofać. Ja nie wytrzymam jeszcze czterdziestu
godzin. Wiem jak powinienem się czuć po piętnastu godzinach
akcji. Teraz czuję się jak po trzydziestu pięciu. Po chwili
uzgodnień ugotowaliśmy herbatę i przez szereg godzin pracowaliśmy
nad tym, aby bezpiecznie dostać się do podstawy ściany. Zjazd
na nartach był koszmarem. Zjeżdżaliśmy wąskim kanionem z progami
i lodospadami. W głębokim łapiącym śniegu, z ciężkimi plecakami
i w miękkich wspinaczkowych butach wywracaliśmy się co około
pięćdziesięciu metrów. Myślę, że każdy z nas zaliczył po przynajmniej
sześćdziesiąt upadków. Dobrze, że obyło się bez strat w ludziach.
O siódmej rano byliśmy z powrotem przy samochodzie. Ledwo
żyłem.
Tak czy inaczej, nie udało mi się pokonać zimą północnej ściany
Wielkiego Tetona. Nadal nie wiem, na ile sława która ją otacza
wynika z realnych trudności, a na ile z niechęci Amerykanów
do "sztuki cierpienia". Jest tylko jeden sposób, abym się
dowiedział. Muszę się nią wspiąć - olbrzymia praca dla usunięcia
tak niewielkiego rozmiaru niepewności.
| Powoli się przejaśnia. Widzę Hawlett's
Peak z moją drogą o nazwie Hawlett's Chimney. Dwa brzuchy
pionowego granitu przecięte są nierealną nitką bieli.
-Uuu!- Jak Giewont to to nie wygląda. Stromo, oj stromo.
- Może mam za mało sprzętu- przemyka mi przez głowę.
Podświadomie szukam obrony w technice, chociaż wiem
świetnie, że to nie sprzęt, a wola jest decydującym
czynnikiem w tej grze. Ubieram się w uprząż, obwieszam
sprzętem - lina zostaje w plecaku. Dość dawno nie wspinałem
się w ten sposób - uczucia, czy raczej samopoczucie
w jakim jestem wchodząc samotnie w trudną, dużą drogę
są jedyne w swoim rodzaju. Lęk i obawa są elementami
przygotowań i podejścia, gdy tylko zacznie się właściwy
spektakl - jest po prostu pustka. Dzieje się to, co
się dzieje i nie ma przedtem, ani potem, ani poza. Czuję
się bardziej widzem niż aktorem.
Pierwszy lodowo-skalny prożek wybija mnie z rytmu, w
który jeszcze nie wpadłem. Wąski kominek przewiesza
się znacznie zmuszając do przedziwnych ułożeń ciała,
na wyjściu czekany nie trzymają w rozmiękłym śniegolodzie.
Jakoś się tam wdrapuję.
Trochę łatwego śniegu i lodu podprowdza mnie pod kolejny
próg.
Ma około dwudziestu metrów wysokości,
a sopel, który z niego ścieka jest |

Hawlett's Peak z widocznym w lewej
części ściany Hawlett's Chimney
Fot. Marcin Kacperek
|
odparzony od skały i szeroki na niewiele ponad
pół metra (gruby może na 20 cm). O nie, samobójcą to ja nie
jestem- obejdę tę gilotynę po skale. Prawa strona wygląda
dorzecznie - są nawet kępki trawy pod czekany, ale większość
wspinaczki to będą chwyty skalne. Zdejmuję rękawice i wieszam
na uprzęży. Krok po kroku wyszukuję optymalne stopnie dla
raków, gołymi rękami czyszczę ze śniegu krawądki, których
się łapię. Parę razy używam czekana w trawkach, ale wszystko
jest już rozmiękłe i niepewne. Lata giewontowych doświadczeń
z tego typu wspinaniem pomagają. Dziwnymi czarami i modlitwą
do Matki Boskiej Zielnej pokonuję zatrawione wyjście z progu
z czeluścią ziejącą pod stopami. Wkrótce zaczną się główne
trudności. Przechodzę kilka nietrudnych prożków i widzę coś,
co musi być głównym spiętrzeniem komina.
| Wygląda tak trudno, że jeśli
nie jest kluczowym pasażem i wyżej czeka mnie coś gorszego,
to powinienem sobie strzelić w głowę. Około trzydziestu
pionowych metrów czystej grozy. Analizuję moje perspektywy.
W górnej części przewieszają się i piętrzą przedziwne
śnieżno-lodowe kalafiory. Wyglądają jak zły sen, ale
postanawiam się nimi zmartwić, gdy tam dojdę. Nie lubię
martwić się na zapas.
Dolna część progu to dwie formacje: w centrum - częściowo
wolno stojąca płytka szeroka na jakieś półtora metra
i gruba (jak się wkrótce przekonuję) mniej więcej na
dwadzieścia centymetrów. Z lewej strony małe zaciątko
kusi obietnicą obejścia płytki i skonfrontowania się
z kalafiorami. Daję się skusić, ale niestety lód w zaciątku
jest bardziej śniegiem i nie ma zamiaru utrzymać mojego
ciężaru, a skała jest gładka i mało zachęcająca. Nie
to nie. Główny ściek z wolno stojącą płytką to moja
jedyna droga. Nie mam się już nad czym zastanawiać,
więc ruch po ruchu gramolę się wzwyż. Zima przepracowana
w lodzie pomaga, zdobywam wysokość niemal bez stresu
i dopiero wolno stojąca część daje mi do myślenia. Cienkie
to takie i trochę na dwoje babka. Do ziemi jest już
bardzo daleko i perspektywa szybkiego powrotu pod ścianę
z kawałem odłamanego |

Kluczowe spiętrzenie Hawlett's Chimney, górna część
widoczna w sporym skrócie.
Fot. Marcin Kacperek
|
lodospadu jakoś mnie nie porywa. Usiłuję wkręcić
śrubę lodową, ale lód jest miękki i gruby tylko na mniej więcej
dziesięć centymetrów.Niewiele ta śruba jest warta, bałbym
się na niej nawet zawisnąć statycznie, a co dopiero spaść.
Tak czy inaczej dopinam się do niej długą pętlą i podniesiony
na duchu, że zrobiłem dla mojego bezpieczeństwa i rodziny
wszystko co możliwe, delikatnie wchodzę na płytkę. Po paru
ruchach sięgam w dół i delikatnie wykręcam śrubę. Trochę tu
straszno, ale pocieszam się myślą, że nie takie rzeczy się
w końcu robiło.
Prawą stopę mam na lodzie, lewą na wygodnym skalnym stopniu.
To wypoczynkowe miejsce przed górną sekcją. Takich formacji
jak te nad moją głową to jeszcze nie widziałem. Bule śniegolodu
wystają w przestrzeń na około pół metra. Gdyby takie przewieszki
były czysto lodowe, nie byłoby problemu, ale tutaj w niektórych
miejscach czekany będą trzymać, a w innych nie. Oprócz tego
solidność połączenia całej tej menażerii ze ścianą budzi poważne
wątpliwości. Stoję tak przez chwilę myśląc o różnych rzeczach,
po czym powtarzam manewr ze śrubą. Tym razem jest chyba lepsza
- nie weszła głęboko, ale lód jest twardszy. Najbliższe trzy
metry (w trakcie których wykręcam śrubę) zatrudniają całą
moją wyobraźnię i umiejętności. Pokonuję kolejne śnieżno-lodowe
brzuchy starając się równo rozłożyć mój ciężar na wszystkie
punkty podparcia- bardzo bym nie chciał, aby któryś z nich
się oberwał. Gdy wreszcie dostaję się do wciąż stromego, ale
zdrowego lodu wiem, że znowu się udało.
Na górze progu w kominie zaklinowany jest kamień, przechodzę
pod nim i odchylam się wstecz. Stopy uzbrojone w raki mam
na lodzie w dnie komina, a pośladki opierają się o kamień.
Stoję tak przez chwilę pozwalając opaść adrenalinowej mgle.
Ruszam w górę łatwym śniegiem i opracowuję w myśli plan pokonania
kolejnego progu, który pojawia się w moim polu widzenia. Jestem
tak przekonany, że zrobiłem już wszystko, co trudne, że ledwo
na niego patrzę. W miarę zbliżania się do niego opadają mnie
wątpliwości - to nie będzie czysta formalność. Lód w kominie
przewiesza się potężnie, jedyny ratunek to ucieczka w prawo
na płytkę skalną wylaną cienkim lodem. Wyjście z płyty to
wolno stojący sopel o średnicy około trzydziestu centymetrów.
Ścieka z krawędzi skalnej przewieszki i zaraz potem robi się
łatwo. Wciąż myślę, że najtrudniejsze już za mną i bez wahania
zaczynam się wspinać. Podejście pod lodową przewieszkę jest
trudne, wyjście na cienką polewę jeszcze trudniejsze. -Chyba
przesadzam- przechodzi mi przez głowę. Ustawiam się wygodnie,
co w tym przypadku oznacza nieomal szpagat pomiędzy niewielkimi
lodowymi stopieńkami i osadzam śrubę. Tym razem jest zupełnie
dobra- lód w tej okolicy ogólnie jest lepszy niż w dolnych
partiach drogi. Wchodzę na płytkę i trawersuję nią w zupełnej
ekspozycji. Lód jest za cienki, aby wbijać czekany - zahaczam
ostrza o górną troszkę odstającą od skały krawędź lodu. Dochodzę
do podstawy sopla, obwiązuję go pętlą i powtarzam mój trawers,
aby wykręcić śrubę na jego drugim końcu.
Dwa tygodnie później. Siedzę spisując te słowa w domu moich
przyjaciół w Boulder. Dwuletnia Nina zgłębia z mamą tajniki
abecadła. Uderza mnie kontrast tego, o czym piszę, z tym,
co mnie otacza. Przerywam pisanie i rozmyślam przez chwilę
nad tym co robię i czego nie robię, nad tym jak żyję i co
z tego wszystkiego wynika. Myśleniem męczę się szybko, ale
zanim ból głowy zmusza mnie, abym z powrotem zajął się pisaniem,
dochodzę do tego samego poczucia co zawsze. Dobrze jest żyć
i cieszę się, że mogę z tego korzystać. Wczoraj przeszedłem
bez asekuracji Pear Butress - jedną z najsłynniejszych dróg
skalnych w rejonie Estes Park. Trudności na polskie VI/VI+.
To dla takich dni wymyślono powiedzenie - Good day to be alive.
Tak mawiają moi amerykańscy przyjaciele. Dobry dzień, aby
być żywym - Tej maksymy nie musieli powtarzać mi dwa razy.
Sopel ma około dwóch metrów wysokości i bardzo nie chcę nim
wchodzić- jest wiele za szczupły jak na moje upodobania. Zakładam
stanowisko i dopinam się do niego. Wracam skośnie poprzez
wolno stojący sopel do głównego cieku. Jestem teraz na takiej
wysokości, że wbijam czekany już nad przewieszeniem. Szereg
atletycznych ruchów w trakcie których przedłużam moje połączenie
ze stanowiskiem dostarcza mnie w łatwy teren. Po raz pierwszy
wyjmuję linę i zjeżdżam aby odzyskać stanowisko. Wracam na
górę i nieomal biegnę przez pozostałe do końca drogi śniegi
i niewielkie skalne prożki. Gdy wreszcie wchodzę na górę mija
godzina i czterdzieści minut odkąd zacząłem się wspinać. Średnie
czasy przejść Hawlett's Chimney to siedem do dziewięciu godzin.
Schodzę nieznanym mi zboczem wypatrując właściwej drogi. Gdzieś
tu musi być stanowisko zjazdowe. Dwa zjazdy dostarczą mnie
do w miarę bezpiecznego terenu. Znajduję stanowisko i zjeżdżam
raz, po czym chowam linę i schodzę trasą drugiego zjazdu.
Tak jest szybciej.
Zbiegam w dół polami śnieżnymi, potem lasem do szlaku. Jest
dziewiąta rano, chmury się rozeszły. Świeci słońce i śpiewają
ptaki. Spotykam parę starszych ludzi idących w górę. Uśmiechają
się. - Piękny dzień, nieprawdaż? - O, tak. Świetny dzień,
aby być żywym - odpowiadam.
 |
|