|
|
LODY NA OSTRO
Wszystko
zaczęło się od jednego z moich gości, który zapowiedział chęć
udania się ze mną do Austrii aby wspinać się w lodzie. W ramach
przygotowań uruchomiłem moją wiedeńską agenturę, czyli Marka
Dziubasa i zaopatrzyłem się w aktualne przewodniki po lodospadach
w Tyrolu. Zanim książki do mnie dotarły, wyjazd został już
odwołany, ale opisane w nich cuda nie dawały mi spokoju. Lodospady
były dużo bardziej spektakularne niż się spodziewałem. Wobec
niemożności udania się tam do pracy na drogach nieco łatwiejszych,
zapragnąłem pojechać tam dla przyjemności na drogi trudniejsze.
Marek z ochotą przystał na propozycję wyjazdu.
Współczesny odpowiednik kryształowej kuli, czyli komputer
połączony z Internetem mówił, że warunki lodowe w Tyrolu są
kiepskie, ale uznaliśmy z Markiem, że jakoś będzie.
Pierwszym lodospadem na który postanowiliśmy się wybrać był
liczący 250 metrów Glas Palast. Przewodnik przedstawiał go
jako jeden z klasyków rejonu, ale największym wpływ na nasz
wybór miał chyba fakt, że lodospadu nie było widać z drogi
wiodącej dnem doliny. Żaden z tych widocznych nie nadawała
się do użytku, ociekające wodą cieki lodu były nieciągłe i
zbyt cienkie. Gdy podeszliśmy pod Glas Palast odetchnęliśmy
z ulgą. Stał.
Aby dostać się do drogi należało wykonać długi zjazd na linie
i przedostać się przez huczący w dnie wąskiego kanionu potok.
Dość to było emocjonujące, ale nic nie docierało do nas tak
mocno jak fakt, że jednak, i wreszcie, i po całej niepewności
będziemy się wspinać.
| Pierwsze dwa wyciągi pokonujące stromą
ścianę kanionu przypominają nam, że nigdy nie należy
wierzyć, nie dotknąwszy. Lodospad niby jest, ale lodu
jakoś niewiele. Zamiast grubej warstwy lodu są dziesiątki
rurek, sopelków, cienkie płyty pod którymi płynie woda
i tym podobne atrakcje. Wspinać się trzeba bardzo ostrożnie,
asekurować zupełnie nie ma jak. Cieniutkie, przeznaczone
do lodu ostrza naszych ekstremalnych czekanów gną się
wchodząc z impetem w kontakt ze skałą. Na ile to możliwe
wyklepujemy je na bieżąco, ale kawałkami musimy wspinać
się z pogiętymi, usiłując je wbijać pod odpowiednim
kątem lub po prostu zahaczać o nierówności lodu. Towarzysząca
nam cały czas myśl o możliwości złamania ostrza podczas
trudnego prowadzenia jest dość ponura. Determinacja
wsparta wątpliwościami dotyczącymi wydostania się z
kanionu pokonując ścianę, przez którą zjechaliśmy nie
daje nam się wycofać. Środkowa część jest zupełnie łatwa
i bez oporu dopuszcza nas pod kluczowy, stumetrowy odcinek
na górze. Tam los troszkę się do nas uśmiecha, bo obydwa
wąskie, pionowe filarki są w miarę solidne. Łatwiejsze
kawałki między nimi nie są i ostrza gną się na potęgę.
Będziemy musieli spróbować dokupić dodatkowe, bo Marek
w ogóle nie ma zapasowych, a ja tylko jedno. |

Marek Dziubas na "Mordorze"
|
Zejście jest długie i oczywiście zanim docieramy do samochodu
sklepy w okolicy są pozamykane, więc wyklepujemy czekany na
parkingu. W hotelu celebrujemy przejście używając do obchodów
whisky, która wskutek promocji jest tania jak mleko. Decydujemy,
że jutro pojedziemy w górną część doliny, w okolicę Sport
Gastein, bo będzie to kilkaset metrów wyżej niż nasza wczorajsza
droga. Powinno tam być zimniej, więc może i lód będzie lepszy.
| Z cieków lodowych w Sport Gastein, cała
jest tylko Adrenalina, ale wczorajsze doświadczenia
nie dają nam wpaść w euforię. Może nie być tak wesoło.
W dodatku droga powstaje na bazie cieku odwadniającego
potężną depresję i stożek wyłamanych drzew rozpościerający
się u jej podnóża nie daje wątpliwości co do zdarzającej
się tutaj aktywności lawinowej. Warunki w mojej ocenie
są średnie - to najgorszy werdykt. W bardzo złych i
w bardzo dobrych wypadki zdarzają się rzadko, bo albo
jest bezpiecznie, albo nikt nie szuka guza. Gdy jest
tak sobie, trudno siedzieć w domu na wszelki wypadek,
a można czymś oberwać. Po drodze mijaliśmy siedzibę
Bergwachtu, więc podjeżdżamy tam i w dyskusji z lokalnym
ekspertem otrzymujemy sporą dawkę informacji rozszerzających
bazę danych naszym kalkulacjom lawinowym.
Godzinę później Marek jest w trakcie prowadzenia
pierwszego wyciągu Adrenaliny. Dwie godziny później
stoimy z powrotem pod ścianą wycofawszy się spod drugiego.
Gdyby na mnie padło prowadzenie pierwszego, nawet jego
byśmy nie zrobili. |

Marcin Kacperek na pierwszym wyciągu "Mordoru"
|
Marek przedarł się przez czterdzieści pięć metrów
stromej lodowo-śnieżno-wodnej bryi, zakładając bezwartościowe,
ze względu na konsystencję lodu punkty asekuracyjne. Szedłem
za nim z mieszaniną podziwu i oburzenia - grubość warstwy
porowatego lodu wahała się między pięć, a dwadzieścia centymetrów,
a pod nią w porównywalnej szerokości przestrzeni wesoło szemrała
woda. Ta wesołość nie do końca chciała mi się udzielić, bo
filigranowa struktura nadwyrężona już przejściem Marka rozpadała
się pode mną w kawałki i ciągle musiałem się bardzo koncentrować.
Chyba przesadził.
Nie było szans na założenie stanowiska, które wytrzymałoby
ewentualny upadek osoby prowadzącej drugi wyciąg. Spadający
lider mógł po prostu wyrwać asekurującego razem ze stanowiskiem
i gdyby do tego doszło, na skale pod ścianą mogłyby się pojawić
dwie tablice z polskimi nazwiskami. Warunki były znacznie
gorsze niż wczoraj - może w ogóle wspinanie w lodzie to szaleństwo,
ale nawet jeśli, to warto zachować w nim umiar.
Złamałem jedno z pomęczonych ostrzy i zostałem już bez zapasu.
Na szczęście wczesna pora umożliwiała nam wizytę w sklepie.
Zabraliśmy ze sobą worek narąbanego lodu z Adrenaliny. Promocyjna
whisky zasługiwała na wsparcie czymś specjalnym.
W sklepach rozczarowanie - rejon jest głównie narciarski i
nikt nie obciążał sobie stanu magazynowaniem sprzętu wspinaczkowego
na tak wysmakowanym poziomie jak komponenty do wyczynowych
czekanów.
Kiepsko, jeszcze jedno złamane ostrze mogło wysłać nas do
domu, albo przynajmniej zmusić do robienia krótkich, jednowyciągowych
dróg na których moglibyśmy zmieniać się czekanami. Warunki
też były niezbyt zachęcające - w tej okolicy została jeszcze
tylko jedna dolina, której nie obejrzeliśmy. Ranek miał przynieść
odpowiedź.
| Kiedy tylko zobaczyliśmy Anlauftal, wiedziałem,
że w tym rejonie spędzimy resztę wyjazdu. Potężne słupy
lodu o wysokości dochodzącej 300 metrów robiły imponujące
wrażenie. Na początek przechodzimy Mauerblumchen - 250
metrów kaskad i prożków z kluczowymi trudnościami na
pierwszym wyciągu. Lód jest zbyt miękki i asekuracja
dość wątpliwa, ale po tym co widzieliśmy w poprzednich
dniach i tak budzi nasz zachwyt. Ostrza jakoś wytrzymały.
Nasz niemiecki nie sięgał w klasyfikowanie roślin, więc
z nazwy Mauerblumchen zdołaliśmy tylko wykombinować,
że to jakieś skalne kwiatuszki. Mniej więcej szarotki
- brzmiała nasza wersja. Dopiero znacznie później Marek
dowiedział się, że tak określa się dziewczęta podpierające
ściany na zabawach tanecznych. Nasz ciek też długo pozostawał
w cieniu monolitów dominujących wygląd doliny, a okazał
się śliczny, kiedy wreszcie ktoś go dostrzegł i docenił.
Ileż przy tym wspinaniu można się dowiedzieć.
Według naszego przewodnika jeden z trzech
monolitycznych cieków w górze doliny nie ma jeszcze
przejścia. Był wielokrotnie próbowany i ma nawet nazwę
- Rodeo, ale sześciometrowy okap przerywający go w środku
odparł wszystkie ataki.
|

Anlauftal - "Mordor" to najwybitniejszy
ciek w prawej części zdjęcia.
|
Pewnego dnia, pewien wspinacz będzie tam, aby
przejechać Rodeo do końca - filozoficznie zakańcza opis przewodnik.
Marek jest pełen wiary w moje możliwości mikstowe i żartobliwie
podgadujemy sobie o spróbowaniu. Obaj wiemy, że warunki nie
sprzyjają takim pomysłom. Wieczorem znowu pijemy whisky z
lodem z lodospadu i oglądamy przewodnik - Wiesz co, Marku
- zamiast Rodeo, zrobimy sobie Rain Mana. Tak mi się wydaje,
że bliżej mi do autyzmu niż bycia kowbojem - taką kwestią
rozstrzygnąłem nasze wątpliwości co do wyboru celu.
Rain Man ma tylko osiemdziesiąt metrów i jest piękny jak szaleństwo.
Przewodnik opisuje prowadzące do wiszącego sopla przewieszenie
skalne jako hakowe, to znaczy sugeruje, że dostanie się do
niego będzie wymagało czynnego wykorzystania sprzętu do asekuracji.
Ja miałem wrażenie, że uda mi się przejść ten odcinek klasycznie,
zahaczając czekany i ustawiając raki na stopniach skalnych.
Mimo względnej aktualności naszego przewodnika trudno było
uwierzyć, żeby tak narzucająca się możliwość zrobienia pięknej
drogi klasycznej nie została jeszcze wykorzystana. Pytaniem
wiele ciekawszym niż to, czy ktoś już to zrobił, było pytanie,
jak to będzie trudne.
| Dochodzę pod wiszący sopel i żeby w ogóle
wbić w niego czekan, muszę wychylić się w tył z i tak
przewieszonej skały. Wejście na lód będzie najtrudniejsze
miejscem, a przejście odchylonej w tył od pionu ścianki
skalnej już trochę mnie zmęczyło. Odległość sopla od
skały zmniejsza się ku górze i zauważyłem, że będę mógł
zaklinować kolano. Stopę postawię na skale, i kiedy
ułożę poziomo łydkę, kolano oprze się od spodu o sopel.
- To mój wymiar - wołam do Marka radośnie, bo wiem,
że mimo, iż ta figura ułoży mnie nieomal poziomo pod
skalno lodowym okapem, to będę mógł dać odpocząć rękom.
Montuję się w moje wypoczynkowe miejsce, a Marek gorączkowo
robi zdjęcia. Po chwili wychodzę na sopel precyzyjnie
ustawiając raki na tarciowych stopieńkach. Moment po
tym kiedy wchodzę nogami na idealnie pionowy lód, widzę
eksplodującą nade mną czarną chmurę. Przykurczam się
pod wbitymi czekanami, a przelatująca przeze mnie fala
śniegu szarpie mną i nieubłaganie ciągnie w dół. Wreszcie
robi się jasno, wszędzie mam pełno śniegu, ale wiem
już na pewno, że nasza ocena impetu schodzących pyłówek
była trafna. Widzieliśmy je już z podejścia, schodziły
regularnie co jakieś dziesięć minut i wyglądały dość
groźnie, ale po obserwacji z bliska, kiedy staliśmy
już pod Rain Manem i uderzały one w ziemię tuż koło
|

Marcin Kacperek w kluczowym
miejscu "Rain Mana"
|
nas, uznaliśmy je za względnie nieszkodliwe.-
Jak się będzie dobrze stało, to nie powinno zrzucić. I nie
zrzuciło. W rozważanie konsekwencji uderzenia kogoś nie stojącego
dobrze nie wchodziliśmy. Trzeba w końcu mieć trochę pokory.
Pozostała część drogi to czysta poezja - względnie wąska struga
pionowego, wreszcie dobrej jakości lodu i fantastyczna sceneria.
Przemyślnie zakładam stanowisko między wyciągami trochę z
boku i bezpieczny na wypadek zejścia większej lawiny obserwuję
jak dwie mniejsze przetaczają się po dochodzącym do mnie Marku.
Teraz on ma wszędzie pełno śniegu.
Został nam jeszcze jeden dzień i będziemy musieli jechać,
bo mam umówioną pracę na turach narciarskich w Szwajcarii.
Marek ma wielką ochotę na Mordor - środkowy i najwybitniejszy
z trzech olbrzymów. Idziemy więc na Mordor, który ma nie być
zbyt trudny - są tam pionowe sekcje, ale na pewno w grubym
lodzie. Piękny będzie na pewno, bo przez prawie trzysta metrów
nie ma na nim półki - w odróżnieniu od wielu klasycznych kaskad
składających się ze stromych uskoków i wypłaszczeń między
nimi, nasza linia cała jest stromym uskokiem. Obejrzymy sobie
z bliska okap Rodeo. Może kiedyś...
Lód jest miękki - jak wszędzie poza Rain Manem, ale nie jest
szczególnie niebezpiecznie i wspinamy się bez niszczenia ostrzy
i żadnych szczególnych wrażeń poza estetycznymi. Te są porażające
- Mordor plasuje się w pierwszej piątce najpiękniejszych lodospadów
jakie przechodziłem.
W podejściu pod ścianę znalazłem mojego koziołka, który zasługuje
na swój własny akapit.
W pewnym momencie zaproponowałem Markowi, że zmienię go w
torowaniu w stromym śniegu i on przystał na to ze zrozumiałą
skwapliwością. Zrobiłem jako pierwszy jeden krok i zobaczyłem
wystający ze śniegu rożek. Złapałem go i wyjąłem ze śniegu
fragment czaszki jelonka z dwoma rogami. Rogi miały po około
dwudziestu pięciu centymetrów, a kość była wielkości mojej
pięści, oklejona śniegiem i nie poświęciłem jej nadmiaru uwagi.
Było to ładne trofeum i Marek chyba pożałował naszej zmiany,
ale byliśmy już tak blisko lodu, że tylko rozważyliśmy los
koziołka, który musiał paść, a wcześniej paść się, na zboczach
powyżej ścian doliny i jego zwłoki spadły z lawiną aż tutaj,
po czym doszliśmy do miejsca, gdzie miał zostać jeden z naszych
plecaków i zaczęliśmy się przygotowywać. Koziołka rzuciłem
na śnieg.
Po zrobieniu drogi i dość skomplikowanym zejściu dotarliśmy
do zostawionego plecaka i ciesząc się słońcem zdejmowaliśmy
uprzęże i raki. W pewnej chwili poczułem jakiś niemiły zapach
i pomyślawszy, że może to mój koziołek, zrobiłem kilka kroków
w stronę gdzie leżał i odruchowo podniosłem go pod nos. Przez
następne kilka minut nie nadawałem się do użytku walcząc ze
wszystkim, co człowiek ma wewnątrz, żeby pozostało w środku,
a nie wypychało się ustami na świat. Koziołek poleżawszy sobie
parę godzin w słońcu śmierdział tak straszliwie, jak tylko
może wielomiesięczna padlina przymrożona i odtopiona pewnie
niejednokrotnie. Odbiegłem kilkanaście metrów i ze łzami w
oczach usiłowałem opanować skurcze, a Marek ze stoickim spokojem
oglądał koziołka. -Faktycznie trochę go czuć, ale ledwo to
do mnie dociera - uczulenie mi się uaktywniło. Ja w tej chwili
nie chciałem już nigdy w życiu mieć do czynienia z żadnymi
zwierzętami i byłem gotów bez cienia żalu porzucić moje trofeum.
Marek nie dopuścił do tego i z gospodarską zapobiegliwością
zaofiarował, że odrąbie łopatką czekana czyste rożki od kości
z resztkami mięsa. - Rób co chcesz. - w lekkim powiewie znowu
poczułem koziołka i było mi wszystko jedno. Rożki trzymały
się mocno, Marek uzbrojony w czekan i alergię rąbał zaciekle,
a mięsko pryskało na prawo i lewo, na co żaden z nas nie zwrócił
wtedy uwagi. Zdaliśmy sobie z tego sprawę później, kiedy już
siedzieliśmy w samochodzie, a rożki zawiązane w siedemset
toreb foliowych leżały w bagażniku. Ciągle było czuć i nawet
Marek, pozbywający się uczulenia miał poczucie dyskomfortu.
W nagłym przebłysku spostrzegawczości zdałem sobie sprawę
skąd wzięły się oleiste smugi na jego bezrękawniku puchowym
i dlaczego jego plecak, który stał otwarty tuż koło miejsca
oddzielania rożków od czaszki musi mieć wyraźny zapach. Toreb
foliowych było już niewiele, ale jakoś znaleźliśmy umożliwiający
podróż sposób zapakowania ubrania zdjętego z Marka do plecaka,
a plecaka w folię.
Fatalny koziołek wisi u mnie na ścianie już od dawna i oczywiście
nie wpływa na zapach w mieszkaniu, ale wciąż nie odważyłbym
się podnieść go pod nos. Jest to bolesne, bo bardzo nie lubię,
kiedy lęk steruje moim życiem.
Wyjeżdżając z doliny zaglądamy do sklepiku gdzie pytaliśmy
o ostrza. Wdajemy się w rozmowę ze znajomym już sprzedawcą
i dowiadujemy się, że po pierwsze, wbrew informacji przewodnika,
a zgodnie z naszymi przypuszczeniami Rain Man miał już przejścia
klasyczne i po drugie, wbrew naszym przypuszczeniom i wbrew
przewodnikowi Rodeo zostało pokonane. Jeden z czołowych lokalnych
wspinaczy (i autor naszego przewodnika) zainteresował tym
projektem Roberta Jaspera - jednego z najlepszych wspinaczy
mikstowych na świecie i rok przed naszym pojawieniem się pokonali
Rodeo w rewelacyjnych warunkach, tworząc jedną z najtrudniejszych
dróg w Austrii.
Wstępujemy jeszcze do sklepu, aby kupić kolejną butelkę promocyjnej
whisky i oddalamy się na dobre, jak zwykle w takich sytuacjach
planując powrót i kolejne przejścia w okolicy. Może wrócimy,
ale to będzie już zupełnie nowa historia.
|